O równowadze

O równowadze

W listopadzie zeszłego roku zaplanowałam sobie trzytygodniowe roztrenowanie. Książkowe, metodyczne, po którym odświeżona i wypoczęta wrócę na treningowe ścieżki, by stawiać kolejne kroki w biegowym rozwoju. Tak się jednak nie stało. Wróciłam do biegania dopiero w kwietniu i to z wielkimi oporami. Dlaczego?


Poprzedni sezon zakończyłam boleśnie. Tarnowska Dyszka, na którą pracowałam tak długo nie poszła mi tak, jak się tego spodziewałam. Kilka amatorskich błędów i nie padła moja życiówka. Byłam na siebie zła, czułam rozgoryczenie i zawód. Zupełnie nie cieszyły mnie te zawody, spotkanie ze znajomymi, mimo wszystko naprawdę dobre tempo biegu. Start nie przyniósł nic pozytywnego. Coś wtedy we mnie pękło, choć długo nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Po co ci te zawody?
Zapytała mnie któregoś razu koleżanka, która ze sportem ma tyle do czynienia, co ja z szydełkowaniem. Powiedziałam coś o rywalizacji, o atmosferze, o jedności z rodziną biegaczy, o przyjemności dania sobie wycisku i satysfakcji ze stawania się coraz lepszym. W ówczesnej sytuacji to wszystko było fałszywe, bo ja tego już nie czułam. Liczył się tylko mój zawód, moja porażka. Straciłam coś, co sprawiało, że zakładałam buty w słońcu, w deszczu, w śniegu.
Zaczęłam to tak naprawdę analizować długo później. W tamtym czasie miałam roztrenowanie, odpoczynek. Trzy tygodnie szybko minęły a mnie do biegania nie ciągnęło nic. Po drodze remont, przeprowadzka, urządzanie, praca i jeszcze więcej pracy. I z trzech tygodni zrobiły się trzy miesiące.

Złapać balans
Cały ten czas przepracowałam po godzinach w domu. Sport ograniczyłam do jazdy rowerem do pracy. Gdy już budowlańcy dawno skończyli robotę, ja skończyłam swoją pracę, zaczęły się problemy. Pewnej nocy obudziłam Tomka, że kołacze mi serce, że to chyba koniec. Gdy po chwili popijałam gorący rumianek i słuchałam, jak Tomek oddycha miarowo, choć wcale nie śpi, wiedziałam, że coś się musi zmienić. Na początek zmienić proporcje – pięć kaw dziennie i pięć godzin snu sprowadziłam do dwóch kaw dziennie i siedmiu godzin snu. I powrót do treningów. Moje serce się tego domagało.

Dwa dni później wyszłam na trening, straszny, mozolny trucht i chciało mi się płakać. Cała moja lekkość i prędkość została na fotelu. Po trzech kilometrach poczułam jednak, że to jest właśnie to, czego mi brakowało. Nie tyle samego biegania, ile aktywności, którą wykonuję sama. Poczucia, że mięśnie pracują, a myśli krążą swobodnie lub stoją w miejscu. Poczułam, że nie jest ważne, czy biegasz, jeździsz na rowerze, grasz w piłkę, spacerujesz z psem, czy ćwiczysz w domu na kocyku. Ważne są proporcje. I pewnie to co mówię można znaleźć w każdym poradniku dotyczącym szczęścia, ale odczułam to na własnej skórze.



Zupełnie nowa jakość treningu :)


Plany
Z wypiekami na twarzy śledziłam faworytów i znajomych podczas niedawnego maratonu w Krakowie. I gardło ściskało z tęsknoty za zawodami, ale postanowiłam nauczyć się znów biegać dla przyjemności. Nie brać udziału w kilkunastu zawodach rocznie, nie spalać się w rywalizacji. Czerpać przyjemność z tego, co zawsze mi ją sprawiało, by już nigdy nie odeszło. Wzorem Murakamiego - jeden maraton w roku. W tym wypada warszawski, 24 września. Trzymajcie kciuki!

13. Krakowski Bieg Sylwestrowy – Kraków się dusi

13. Krakowski Bieg Sylwestrowy – Kraków się dusi
Chętnie biorę udział w Krakowskim Biegu Sylwestrowym. To jeden z moich ulubionych startów, atmosfera jest fantastyczna –  przebrani biegacze z rodzinami, dzieci, psy – tworzą radosny korowód najdziwniejszych postaci. Niestety poważnie zastanawiam się, czy nie pobiegłam ostatni raz w tym biegu.



przed startem



Dwa dystanse
Uczestnicy sylwestrowej zabawy mieli do wyboru dwa dystanse: Radosną Dziesiątkę i Smoczą Piątkę. Start i meta zostały usytuowane w tym roku na Małym Rynku. We wcześniejszych edycjach startowaliśmy z Rynku Głównego. Bieg przebiegał malowniczą trasą – Planty, Bulwary – zawsze świetnie się prezentują. Pogoda natomiast była wyśmienita, lekki chłodek, słońce. Trasa została dobrze przygotowana, ciepła herbatka w punkcie odżywczym, pożywny żurek na mecie. Dla wszystkich uczestników na mecie czekały medale, dla przebranych dodatkowo małe szampaniki. W pakiecie startowym dostaliśmy też jakąś szmatkę, ale póki co zupełnie nie wiem, co czego służy. Medal natomiast bardzo ładny.

Tegoroczny po prawej



Pożegnać stary, przywitać nowy.
Biegacze, jak co rok, kompletnie zaskoczyli mnie wyobraźnią. Przebrania były rewelacyjne, na szczególną uwagę zasługuje dobczycka drużyna, którą mijałam i zaczekałam na nich ma mecie. Banda czarnoskórych dzikusów wśród okrzyków plemiennych niosła kocioł, w którym palone było kościelne kadzidło. Dymiło strasznie, ale wniosło nieco nabożnej atmosfery. Biegły księżniczki, smerfy, smoki, Darthy Wadery, renifery, mikołaje, Olaf z Elzą i Anną – byli tam wszyscy. Obszerna galeria zdjęć na przykład tutaj – Ryszard „Richie” Kułaga. Zapraszam do oglądania.


Dobczyce - moi ulubieńcy!


Kraków się dusi
Kraków jest znany na całym świecie. Piękne miasto, absolutnie unikalne zabytki i... smog. To autentyczny wstyd i hańba dla kraju. Normy w Sylwestra były przekroczone niewyobrażalnie. Zastanawiam się, czy ludzie palący w piecach kiepskim opałem (i śmieciami), ze swoimi siedzeniami wmurowanymi w samochód tego nie czują? Kraków się po prostu dusi.
Wbiegłam na metę i rozkaszlałam się na kilka minut. Do tej pory gryzie mnie w gardle. Żal było mi odpuścić imprezę, którą tak lubię. Szybko pożałowałam tej decyzji.


http://smogwawelski.org

Ja i mój mąż jesteśmy rowerzystami, z auta korzystamy bardzo rzadko. Mieszkam na osiedlu otoczonym przez domki jednorodzinne, które kiedyś były wsią i zostały wchłonięte przez miasto. To, jak powszechne jest palenie w domach byle czym, śmieciami, jest dla mnie absolutnym skandalem. Wracam wieczorem z treningu śmierdząca ogniskiem, syfem, brudem. Nie da się tutaj żyć. Alternatywą jest oczywiście maska antysmogowa, niemniej problem od tego nie zniknie. Dzięki ustawie antysmogowej jest prawne narzędzie do regulacji w zakresie stosowania opału. Niemniej zmiany muszą nastąpić w każdym z osobna. A mam wrażenie, że jest potężna grupa osób, którym jest wszystko jedno. Wszystko jedno, czy oni lub ich dzieci od tego powietrza umrą.

Poważnie zastanowię się nad kolejną edycją Krakowskiego Biegu Sylwestrowego, ponieważ naprawdę boję się o swoje życie. Bieganie w takim powietrzu to proszenie się o śmierć. Nadmienię tylko, że organizatorzy biegu o smogu nie wspomnieli ani raz, a przecież pomiary są robione na bieżąco, są systemy prognozowania. Smog nie był zaskoczeniem. Nie pojawił się ani komunikat o zagrożeniu, ani nie padła prośba o maski antysmogowe. A nade wszystko nie pojawiła się prośba o pozostawienie malutkich dzieci w domach. Cóż, show must go on. Bardzo się zawiodłam.




Współczuję więc sobie i Krakowowi, regionowi i Polsce. I przykro mi, że Nowy Rok zaczynam w ten sposób.


Życzę więc przede wszystkim zdrowia. Wszystko inne sobie kupimy.


Jak polubić bieganie?

Jak polubić bieganie?

Bieganie stało się naprawdę modne, ścieżki pełne biegaczy, celebryci też nie stronią od tego sportu. A co jeśli ktoś po prostu nie lubi biegać? Czy da się to zmienić? Gościnnie na Ścianie mój mąż, Tomasz, który biega od bardzo dawna, ale od niedawna z przyjemnością. Zapraszam!

Jak zacząć biegać? - pierwszy poradnik Treningu Biegacza

Jak zacząć biegać? - pierwszy poradnik Treningu Biegacza
Wydawałaby się, że nie ma prostszego sportu niż bieganie. Wystarczy założyć buty i po prostu wyjść pobiegać. Faktycznie, nie jest to sport wymagający bardzo specjalistycznego sprzętu, można zacząć  dosłownie w każdej chwili. Jeśli jednak chcemy zacząć biegać zdrowo, skutecznie i przyjemnie – warto wiedzieć, jak to zrobić.



Dla kogo?
Jak zacząć biegać? Poradnik to książka dla początkujących biegaczy, którzy zawsze chcieli zacząć, ale brakowało motywacji, wiedzy, jak się ubrać, jakie wybrać buty, gdzie biegać. Co zrobić, żeby po 15 minutach się nie zagotować.
Strony o bieganiu i różne fanpage roją się od pytań, jak wybrać buty, co na siebie założyć, o co chodzi z tym pulsometrem – redakcja Treningu Biegacza zebrała więc w jednej publikacji absolutnie podstawowe informacje, które są ważne przy początkach biegania. Poradnik zapełnia więc pewną lukę w publikacjach tego typu. I choć dla wielu biblią jest "Biegiem przez życie" Skarżyńskiego, to poradnik ten jest bardzo potrzebny. To nieduże kompendium wiedzy - zaledwie 152 strony- zawierające jednak wszystkie najważniejsze informacje na poziomie basic skierowane do amatorów.

Co wartościowego
Prócz informacji o ubiorze, obuwiu i nawierzchni w Poradniku można znaleźć mnóstwo przydatnych informacji: test stanu zdrowia, wykaz podstawowych niezbędnych badań, wskazówki dietetyczne – czyli co jeść, żeby podczas treningu w brzuchu nie zalegała ciężka kula, ale wspierało wysiłki włożone w aktywność.
Bardzo przydatne są informacje o tym, jak przeprowadzić rozgrzewkę, rozciąganie po treningu, jak wzmacniać mięśnie  – ćwiczenia prezentują ilustracje przyjemnie umięśnionego pana!

Książka odpowiada też na pytania, co zrobić, gdy złapie kolka, gdy zrobi się słabo, czy motywacja spadnie, jak unikać kontuzji.

Plany treningowe
Plany treningowe, zawarte w Poradniku - „od kanapowca do biegacza” pozwolą zacząć od 30-minutowego marszu i kończą się 40-minutowym biegiem, by wprowadzić w bardziej intensywne i dłuższe treningi. Tabele rozpisane są bardzo przejrzyście i zrozumiale,  bez stosowania zniechęcających skrótów typu  OBW1, WB, BNP, których początkujący biegacz nie musi znać. I to jest bardzo duży atut tej publikacji. Osoba zaczynająca swoją przygodę z bieganiem znajdzie tutaj informacje, jak postępować dzień po dniu. Z tyłu książki został zamieszczony dzienniczek do samodzielnego uzupełniania – też może okazać się przydatny.


Dla amatora
Chociaż początki biegania mam już dawno za sobą, książka była dla mnie bardzo ciekawą lekturą. To, że biegam od pewnego czasu wcale nie oznacza, że nie popełniam podstawowych błędów. Nie raz zdarzyło mi się przed startem zjeść coś, co męczyło mnie do linii mety, albo rozciągając się nieprawidłowo spowodować kilkudniowy ból. Doskonale pamiętam też, gdy w liceum biegałam po opuszczonym stadionie frustrując się, że nie przebiegnę więcej niż dwa okrążenia, że na trzecim zupełnie odcina mi prąd. Nie przestałam biegać, bo się uparłam, ale nie było to przyjemne. Jakbym wówczas miała poradnik i plan treningowy dla początkującego na pewno milej wspominałabym swoje początki.

Chętnie poczytałabym wypowiedzi ekspertów, innych biegaczy - nawet niekoniecznie osiągających oszałamiające wyniki. Takie historie, relacje, bardzo mnie motywują. Myślę, że książka byłaby mniej sucha. Biegacze to w końcu wielkie, prawdziwie motywujące środowisko, warto byłoby z tego zaczerpnąć.

Jest to jednak pozycja solidna i rzetelnie przygotowana. Świetnie wydana. Jeśli szukacie prezentu pod choinkę dla początkującego biegacza, dla kogoś, kto chciałby zacząć, ale jakoś nie wychodzi, dla kogoś, kogo chcielibyście zachęcić do tego sportu - polecam. Książkę można zmówić w świetnych pakietach - z kubeczkiem czy chustą.

Podsumowując - owszem - jest to książka dla biegacza amatora, jestem jednak przekonana, że z każdego zrobi prawdziwego amatora biegania.










Jak zacząć biegać? Poradnik
Praca zbiorowa: Przemysław Niemczuk, Małgorzata Nowak, Grzegorz Soczomski, Paulina Augustyn.
Wydawca: TreningBiegacza.pl
Świdnica 2016
Dystrybucja wysyłkowa prze internet:
https://treningbiegacza.pl/poradnik/jak-zaczac-biegac

Prawdziwa bajka Disneya – McFarland, USA

Prawdziwa bajka Disneya – McFarland, USA
Zupełnie nieoczekiwanie nastał listopad. Zrobiło się ciemno, zimno, deszczowo. O lecie zdążyłam już zapomnieć, a do świąt jeszcze daleko. Nie chce się niczego i z nikim, najlepiej zostać w domu, pod kocem. Na taki właśnie stan warto zaaplikować sobie McFarland, USA.

Familijny
Wyprodukowany przez Disneya, wyreżyserowany przez Niki Caro film z 2015 roku opowiada o trenerze szkolnej drużyny footballowej, który na skutek swojego błędu musi zmienić pracę. Wraz z żoną i dwiema córkami trafia do McFarland w Kalifornii. To dość nieciekawe, niewielkie miasteczko zamieszkane przez emigrantów z Meksyku. Miasteczko, z którego każdy ma ochotę się wyrwać i nigdy nie wracać. W roli trenera – Jima White'a –  nieźle się starzejący Kevin Costner. Podejmuje się on pracy jako nauczyciel przyrody i wychowania fizycznego w szkole średniej w McFarland, bo nie ma innego wyboru. Szybko jednak okazuje się, że nie jest w stanie trenować footballu z obecnym trenerem, a miejsce, w którym się znalazł, to niebezpieczna dziura gdzieś na zapomnianym końcu Ameryki.



Uprzedzenia
Pierwsza noc rodziny White'ów jest straszna – przyjeżdżają do miasteczka emigrantów, gdzie ciężko poczuć się bezpiecznie – po ulicach kręcą się podejrzane grupy wyrostków wyglądających na młodzieżówkę mafii, w restauracji kelnerka nie mówi po angielsku i nie serwują nic innego poza meksykańskimi specjałami. Słowem – mały Meksyk w najgorszym wydaniu. Stereotypowe myślenie podpowiada więc, że to nie jest bezpieczne miejsce do życia dla rodziny, a z całą pewnością nie dla dorastających córek. Bohaterowie przekonują się jednak, że ich pierwsze wrażenie było krzywdzące, że za każdym obcym stoi człowiek – posiadający swoją rodzinę, przyjaciół, pracę, pasję. Człowiek, który kogoś kocha, czegoś się boi, do czegoś dąży. I owszem, jest w tym filmie mnóstwo oczywistości, scenariusz jest przewidywalny, w końcu to film familijny, ale jest w tym obrazie siła, która mnie prawdziwie ujęła.

Finisz!

Trener
Kevin Costner grający Jima White'a jest po prostu genialny w tej roli. Wciąż przystojny i interesujący, w filmie mający wręcz idealną rodzinę – piękną żonę i córeczki, sam jednak jest niedoskonały. I jako ojciec, i jako trener. To z jego winy rodzina zostaje zesłana do McFarland, niewielkiego domu w prawdziwie nieciekawej okolicy. Jim White planuje, że szybko się wyniesie, dostanie lepszą pracę i w końcu zapewni żonie i córkom godne warunki. Okazuje się, że prawdziwe spełnienie nie przyniosła mu lepsza posada, wielki dom, piękna okolica, pensja. Nie był widocznie stworzony do amerykańskiego footballu i wielkiego miasta. Dostrzegł, że jego podopiecznych w kiepskim liceum w McFarland czeka coś więcej niż zakład karny. Odnalazł dom w bliskich, sąsiedzkich relacjach mieszkańców małego miasteczka, wśród prawdziwych przyjaciół. Miał grupkę oddanych chłopców, którym pokazał, że lepszy świat jest na wyciągnięcie ręki.
Wspaniale ogląda się prawdziwie głęboką relację trenera i swoich wychowanków. White zadał sobie trochę trudu, poznał tych chłopców, zobaczył, jak żyją, pracował z nimi przy zbieraniu owoców. I choć ten obraz może wydawać się nieco wyidealizowany, to jednak jest dużej mierze prawdziwy. Film oparty jest bowiem na faktach. Jim White naprawdę przez wiele lat trenował grupkę nastolatków ze szkoły średniej w McFarland do stanowych zawodów w biegach przełajowych.

trener z drużyną


Amerykański sen?
Amerykańskie kino lubi historie o bohaterach, o kopciuszkach, o biednych, pokrzywdzonych ludziach, którym się udało spełnić swój amerykański sen. Lubi też gwiazdy, sukcesy, blichtr i sławę, spektakularne kariery.

A to jest film o chłopcach, o których nikt się nie troszczy, których przyszłość ma dwie drogi: albo tę wydeptaną przez rodziców-zbieraczy albo zakład karny. To zwykłe dzieciaki, które muszą łączyć naukę z pracą w polu. Jest więc to kino małego bohatera, zwykłego człowieka, który dzięki determinacji, uporowi i ciężkiej pracy dochodzi... do normalności. Dla nich studia, normalna praca (np. w szkole, sklepie) stała się prawdziwym sukcesem. Więc nie są to spektakularne kariery, nie stali się bogaczami z pierwszych stron gazet. Udało im się wygrać kilka zawodów stanowych, udowodnić, że są wartościowi i niezwykle utalentowani, dzięki czemu zdobyć zwykłe, dobre życie. I to w tym filmie urzekło mnie najbardziej.

Na stronie History vs Hollywood można obejrzeć realne zdjęcia Jima White'a i jego drużyny.

Kevin Costner i prawdziwy Jim White


Podsumowując, to nie jest film o biegaczach tylko dla biegaczy. To wspaniałe kino, pełne wzruszeń, motywacji i walki. Pokazujące, że nie ma rzeczy niemożliwych, że sport jest fantastycznie uniwersalny. Może to patetyczne, może na wskroś amerykańskie, przewidywalne... Ale ci chłopcy naprawdę żyli w McFarland. I spełnił im się ich amerykański sen.

Chłopcy pierwszy raz widzą ocean - bardzo wzruszająca scena.


Przedstawiony w filmie pokaz determinacji, uporu i walki jest niezwykle motywujący i poruszający.
To też bardzo ciepły film, pełen humoru i mądrości wynikającej z najprostszych prawd.
Słowem – idealny na jesienną pluchę lub roztrenowanie.
Trzeba zobaczyć.


Na początek oficjalny trailer:





McFarland, USA
reż. Niki Caro
USA 2015
Mayhem Pictures
Walt Disney Pictures






Fotosy:  Mayhem Pictures Walt Disney Pictures








Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – Tarnowska Dyszka

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – Tarnowska Dyszka
Wychowałam się w Tarnowie, dlatego do Tarnowskiej Dyszki, która biegnie po ulicy, przy której mieszkają moi rodzice, mam bardzo duży sentyment. Tutaj też pozostaje moja życiówka na 10 km, ale jeszcze po nią wrócę! 

I..taka Tarnowska Dyszka


Trasa
Przebieg trasy tego biegu nie pokazuje mojego rodzinnego miasta z najlepszej strony. Oczywiście nie narzekam na trasę ze względu na zbiegi czy podbiegi, gdyż nie ma ich znowu tak wiele. To prosta, w miarę płaska dyszka, późną jesienią – idealna do robienia życiówek. Bieg startuje pod galerią handlową Gemini, ulicami Starodąbrowską, Słoneczną, Słowackiego, Klikowską, koło kościoła (w którym brałam ślub), Elektryczną, Jastruna, Romanowicza (gdzie dom mój), koło przepięknego Parku Strzeleckiego (gdzie randki, wagary, spacery, wino i śpiew), by znów wrócić pod Gemini. Trasa pokrywa się z moimi tarnowskimi treningami, znam te miejsca i bardzo lubię, ale myślę sobie, że bardzo niepełny obraz miasta mają osoby z Tarnowem niezwiązane. To małe miasteczko ma naprawdę kilka wspaniale urokliwych miejsc, które warto byłoby pokazać (choćby piękny Rynek z otulającymi go kamienicami). Rozumiem jednak argumenty organizatorów – nie wszystko jest możliwe, a Tarnów ma już kilka biegów, które ukazują te inne i bardzo cenne części miasta. Nie ma więc sensu kopiować biegów. Może więc odzywa się we mnie lokalny patriotyzm i tym przyjezdnym biegaczom chciałabym pokazać, że Tarnów jest mały, ale naprawdę bardzo ładny i wart odwiedzin nie tylko przy okazji zawodów.

I..taka dycha
O świetnej organizacji biegu świadczy przede wszystkim cała masa zadowolonych biegaczy oraz fantastyczny wzrost ilości uczestników. W ubiegłym roku na mecie zameldowało się 594 osoby, w tym roku zaś 772. Wszystko było dobrze przygotowane, dopięte na ostatni guzik. Wszystkie informacje podawane na bieżąco na stronie wydarzenia, kilka możliwości odbioru pakietu startowego (w tym w Krakowie), świetna atmosfera, znajomi – sprawiają, że na te zawody wybieram się z przyjemnością i, o ile zdrowie dopisze, będę za rok. Docenić też trzeba świetną oprawę graficzną wydarzenia – ekipa runonline.pl wie, jak zabrać się do rzeczy. Ładna koszulka z nienarzucającą się grafiką, przyjemny medal, a nade wszystko cel charytatywny biegu – czynią dla mnie te zawody naprawdę ważnym punktem w moim startowym rozkładzie jazdy.
Nie bez znaczenia był też cel charytatywny imprezy - szczególnie chętnie biorę udział w takich startach.
Z przyjemnością wykupiłam droższy pakiet wspierając  rodzinę Karolinki, małej niepełnosprawnej mieszkanki Tarnowa. Dodatkowo można było wygrać wycieczkę marzeń ufundowaną przez sponsora tytularnego - biuro podróży Itaka. Na mecie natomiast niezłe ciacho i piwko.



Przegryźć gorycz
Do czwartku poprzedzającego niedzielny start wahałam się, czy wziąć udział w tym biegu... I po prostu nie mogłam go odpuścić. Od kilkunastu dni zmagam się z prawdopodobnie przeciążeniowymi bólami lewego biodra, które muszę mocno wzmocnić. Z tego powodu ostatnie dwa tygodnie przed startem odpuściłam treningi szybkościowe, lekko zaledwie truchtając. Zdenerwowanie przed startem, do którego nie czułam się w pełni przygotowana, po prostu mnie zjadło. Nie siadł mi też śledzik na kolację, chociaż strasznie mi smakował! Musiałam więc przed zawodami posiłkować się... stoperanem, czego nigdy jeszcze nie robiłam. Zapewne to lekkie odwodnienie przyniosło mi kolkę na 7 kilometrze i z żalem patrzyłam na mijającego mnie zająca. Cóż 00:46:30 netto to nie jest zły czas na 10 km. Jestem jednak niezadowolona i rozgoryczona. Muszę teraz przeanalizować cały sezon, by sprawdzić, co zrobiłam nie tak.



Tarnów na biegowo
Tarnów może poszczycić się kilkoma innymi świetnymi biegami. Na początek warto wspomnieć o Parku biegowym "Marcinka". To obiekt sportowy zlokalizowany tuż przy Górze św. Marcina, na polanie przy ul. Harcerskiej w Tarnowie. Z inicjatywą wystąpiło stowarzyszenie Sportowe Sokół, a tarnowianie poparli go w ramach budżetu obywatelskiego w roku 2014. W tym roku park rozbudowano o kolejne ścieżki, wydłużono trasy asfaltowe, dodano drabinki i inne elementy outdoorowej siłowni. Góra św. Marcina jest fantastycznym miejscem do treningów, mnóstwo ścieżek, lasek i pobliskie ładne miejscowości sprzyjają treningom.

I Tarnowski bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych – ta pierwsza edycja tego biegu, licząca 12 km odbywał się 28 lutego 2016 roku. Trasa zimowa, górska i wymagająca zgromadziła około 200 biegaczy.

Marcinka Cross Challenge
– wiosenna impreza organizowana przez Stowarzyszenie Sportowe Sokół w Tarnowie. Późną jesienią uczestnicy biegu muszą pokonać 7 kilometrów wymagającej trasy – bieg rozpoczyna i kończy się przy wspomnianym wyżej parku biegowym Marcinka.

Bieg na Zamek po miecz Spycymira
– to bardzo ciekawy bieg z historią w tle. Spycymir herbu Leliwa (1300-1352) to bardzo ważna osoba dla historii miasta, gdyż to właśnie on wystarał się o prawa miejskie dla Tarnowa. Trasa wiedzie przez ścieżki na Górze św. Marcina, liczy 5,5 km, a meta znajduje się wśród ruin zamku, skąd roztacza się piękny widok na całe miasto.

Bieg Sanguszków – to dobrze już znane zawody w Tarnowie, w tym roku odbyła się już XII edycja. Trasa liczy 7 km, a start i meta do biegu znajduje się na terenie urokliwego Parku Sanguszków.

Diecezjalny Bieg Trzeźwości – w tym roku odbyła się II edycja tego 17-kilometrowego biegu. Celem biegu jest propagowanie zdrowego stylu życia oraz postaw abstynenckich wobec alkoholu i narkotyków. Co ciekawe, przy okazji  imprezy zorganizowano rajd rowerowy z Tarnowa do Tuchowa oraz marsz nordic walking.

Mościcki Bieg o puchar zarządu Grupy Azoty – to bieg w którym w przyszłym roku planuję pobiec. Trasa liczy 10 kilometrów i przebiega między zielonymi terenami obok boiska lekkoatletycznego i Centrum Kultury Mościce. Zawsze bardzo lubiłam Mościce i często tam biegałam – w liceum trasa obwodnicą pod Azoty i do domu była moją ulubioną.
Mościce to w ogóle bardzo ciekawe miejsce – dzielnica przemysłowa zaprojektowana w taki sposób, by mieszkańcy jak najmniej odczuwali sąsiedztwo zakładów przemysłowych. Z tego powodu jest tam tak wiele zieleni, parki, aleje wysadzane drzewami. To prawdziwe miasto-ogród. Budowa tej dzielnicy została zainicjowana w XX-leciu międzywojennym przez Ignacego Mościckiego i była to druga największa inwestycja w Polsce, zaraz po Gdyni.



Bieg Leliwitów – oj biegłam w tych zawodach... Bieg specyficzny, gdyż zapętlony na tarnowskiej Starówce aż cztery razy! Tarnowski Rynek umiejscowiony jest na wzniesieniu, więc do pokonania podczas tej 10-kilometrowej trasy jest naprawdę sporo schodów. Można zwiedzić Tarnów aż miło! Może kiedyś pobiegnę w tym biegu raz jeszcze, ale póki co wspomnienie morderczego tempa na licznych podbiegach mocno żyje w moich nogach. Warto wspomnieć, że w tym roku odbyła się już XXV edycja!
W okolicach Tarnowa odbywa się również bardzo dużo innych biegów - w tym roku brałam udział w Wierzchosławickim Leśnym Półmaratonie


I...Taka Tarnowska Dyszka, wchodząca w skład cyklu Biegam w Małopolsce, wpisuje się więc w biegi Tarnowa doskonale. Trasa, może nie jest tak malownicza, jak okolice Góry św. Marcina, czyli zwanej popularnie Marcinki, niemniej jest inna, płaska, o co w Tarnowie raczej trudno - i to jest jej największy walor. Usytuowanie biura zawodów w Gemini jest dobrym rozwiązaniem biorąc pod uwagę pogodę w listopadzie. Cóż więcej powiedzieć – na pewno widzimy się za rok!


----
W tym roku wybiegałam cały cykl "Biegam w Małopolsce" i muszę powiedzieć, że organizatorom należą się wielkie gratulacje i życzenia jeszcze większych sukcesów w przyszłym roku. I nie, to nie jest reklama, ani prywatne sympatie. Ekipa runonline.pl pokazuje ciekawe miejsca w naszym regionie, organizacja biegów przebiega absolutnie bez zarzutu, nic tylko brać udział. Polecam.
W skład edycji cyklu 2015/2016 weszły:


Zapraszam do przeczytania relacji!

Ciasto marchewkowo-pomarańczowe z imbirem

Ciasto marchewkowo-pomarańczowe z imbirem
To jedno z moich ulubionych ciast na jesień. Mało słodkie, wspaniale wilgotne i delikatne, o ciekawym, wyrazistym smaku z przyjemną korzenną nutą. Idealne do herbaty podczas coraz dłuższych wieczorów.

Jadałam wcześniej ciasta marchewkowe, choć to połączenie zawsze wydawało mi się nieco dziwne.  Początkowo warzywne wynalazki smakowały mi tak sobie, ale gdy upiekłam ciasto według tego przepisu, marchewkowiec zagościł u nas na dobre. Ważna informacja dla zakalcowatych (w tym mnie) – naprawdę zawsze się udaje!

Składniki:
Poniższe składniki są wymierzone na okrągłą tortownicę o średnicy 25 cm. Wychodzi ładny umiarowy, o idealnej grubości placek.

Składniki przygotowujemy wcześniej.


  • 2 średnie marchewki (ważące około 220 g)
  • 270 g mąki pszennej lub razowej
  • 120 g brązowego cukru
  • 150 ml oleju
  • 110 ml soku pomarańczowego, najlepiej wyciskanego.
  • 4 jajka
  • 2 cm startego świeżego imbiru
  • skórka z jednej dużej pomarańczy
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka kakao
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 0,5 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika
  • cukier puder do posypania, gdy ciasto już wystygnie

Dodatki polecam dodawać ostrożnie, żeby ciasto nie było zbyt ciężkie i wyrosło. Polecam jednak:

kandyzowaną skórkę pomarańczy na wierzch lub do ciasta
orzechy
rodzynki


Przygotowanie:

Ciasto jest prawdziwie ekspresowe, zatem trzeba rozgrzać piekarnik przed przygotowaniem ciasta. Temperatura 180-190 stopni będzie idealna.

Marchewkę trzeba umyć, obrać i zetrzeć na małych oczkach (nie gwiazdkach). Pomarańczę polecam sparzyć wrzątkiem. I zetrzeć do marchewki. Obrać korzeń imbiru i również zetrzeć.

Do mąki przesiać lub po prostu wsypać proszek do pieczenia oraz sodę i dobrze zamieszać. Kolejno dodać przyprawy i kakao. Wymieszać.

Sok i olej wlać do miski, dodać marchewkę z pomarańczą i imbirem, dodać jajka zamieszać.

Wszystko razem połączyć, mieszając do względnego połączenia się składników.
Formę do ciasta wyłożyć papierem do pieczenia. Papier powinien wystawać poza blachę, ponieważ ciasto jest nieco lejące.
 

Ciasto trzeba włożyć do rozgrzanego piekarnika na środkową półkę. Ustawić grzanie z góry i dołu, bez termoobiegu. Powinno się piec 40-50 minut w temperaturze 180-190 stopni.
Po upieczeniu wyłączyć pieczenie, otworzyć drzwiczki piekarnika i ostudzić jeszcze w cieple kilka minut. Po wystudzeniu posypać cukrem pudrem, kandyzowaną skórką, orzechami.



I szybko zjeść :)

mniam!





Copyright © 2016 Ściana , Blogger