Test formy po zimie

13.03.2016 r. Myślenice
 

Jest wiele powodów, dlaczego pobiegłam drugi raz w Myślenickim Biegu Ulicznym.
Prosta trasa, sprzyjająca biciu rekordów, łatwy dojazd, wielki parking i świetna organizacja.

Bardzo mile wspominam I Myślenicki Bieg Uliczny, dlatego postanowiłam wziąć udział i w tym roku. Dużym atutem jest dla mnie trasa – przede wszystkim bliskość Krakowa oraz to, że to jednak nie Kraków. Niestety w Krakowie biegi odbywają się wciąż w tych samych miejscach. A ile można biegać po Bulwarach czy Błoniach?

Organizacja na pięć
Myślenice - płaska, bez większych przewyższeń, szybka dziesiątka. Punkt z wodą po piątym kilometrze. Dobrze oznakowana, dobrze przygotowana – jak cały bieg. Bardzo dużym atutem dla mnie jest otwarta sala gimnastyczna dla kibiców. Warunki były trudne, padał deszcz, było zimno, a mąż z synkiem mogli poczekać na sali, gdzie mieściło się biuro zawodów. Po biegu WZ-ka i gorąca czekolada. Bardzo dobry wybór. Lepsze to niż kiełbasa z grilla lub rozgotowane kluski z łyżką sosu. Medal całkiem ładny, kubek z osobistym hasłem zamiast koszulki to miła odmiana.
Ogólnie bieg oceniam bardzo wysoko, mimo iż trasa nie jest malownicza szczególnie biorąc pod uwagę, że w Myślenicach i okolicach są bardziej atrakcyjne tereny. W dużej mierze bieg odbywa się wśród zabudowań, wzdłuż Raby. Druga część dystansu przecina bardzo ładnie zagospodarowany teren zielony. Nieopodal zorganizowano „Park Przygód Zarabie” - mieści się tam park linowy, miejsce do rozgrywek w paintball, tor quadowy, ścianka wspinaczkowa i wiele innych atrakcji. Warto więc tam przyjechać, można aktywnie spędzić czas.
Na mecie osiągnęłam wynik 45 minut i 56 sekund, co jest czasem gorszym od mojej życiówki o około 10 sekund. Cóż, taki jest sport - można powiedzieć. Czasem trzeba przełknąć porażkę. W tym jednak wypadku klęskę sprowadziłam na siebie sama.

O potrzebie spokoju
Bieg otwierający mój sezon, do którego przygotowywałam się w tle treningów maratońskich, położyłam przez śmieszne i amatorskie błędy...

Niedziela. 9 rano, Myślenice. Przyjeżdżamy przed czasem, można jeszcze zaparkować. Pakujemy małego i biegniemy na salę. Tam odbieram pakiet, rozgrzewam się solidnie, przygotowuję się, szukam toalety. Czas tuż przed startem spędzam na zamartwianiu się, czy aby na pewno dobiegnę, sprawdzaniu, jak wyglądam, stresowaniu się ogólnym.
Pada deszcz, pogoda jest paskudna, nie mam kurtki przeciwdeszczowej, ale myślę „będę szybciej biegła”. Start! Dobre tempo, luźno. I nagle tuż za pierwszym kilometrem źle wyregulowany pas z czujnikiem tętna rozpina się i spada! Będzie dyndał mi w okolicach pępka do samego końca, grożąc wypadnięciem spod niedbale wciśniętej w spodnie koszulki.
Pocieszając się, że jakoś to będzie, byle się za bardzo nie ruszać w okolicy brzucha, biegnę dalej. Tempo niezłe, deszcz się wzmaga. Nagle, w okolicach siódmego kilometra z wyrzutem nogi leci wysokim lobem w trawsko czip! CZIP! Mokra sznurówka się rozwiązała. Zatrzymuję się, po drodze wpada na mnie kilka osób. Wydostaję się z trasy, biegnę, szukam go, jest. Deszcze leje, ja szarpię się ze sznurówkami, wplatam w panice ten przeklęty czip po bożemu (zamiast wcisnąć go do kieszeni i biec, biec!) Ciężko wrócić do poprzedniego tempa. Wściekła więc dobiegam do mety. Aż dziw, że miałam siłę jeszcze uśmiechnąć się do zdjęcia.

Tego czasu nie dałam rady już odrobić. GPS pokazuje stratę ok. 1,5 minuty na tym wypadku. A więc zamiast skupiać się na wszystkim innym trzeba odrobić lekcję z podstaw – czip wiązać mocno i głęboko. Jak widać, czasem zupełnie drobne sprawy potrafią pogrzebać marzenia o lepszym wyniku. A zatem zostaje mi tylko popijać czarną, łykając gorycz porażki z ładnego skądinąd kubeczka.


2 komentarze:

Copyright © 2016 Ściana , Blogger