15. Cracovia Maraton okiem debiutanta


Wstaję raźno i wyglądam przez okno. Widzę, że pogoda się poprawia i myślę, że maraton, który ma się odbyć następnego dnia, będzie całkiem przyjemny. Przez głowę przemyka myśl, czy uda mi się w tym roku nie startować w deszczu, ale widok słońca podnosi mnie na duchu. Zadowolona robię sobie czarną kawę, w domu wszyscy jeszcze śpią. Trochę spokoju tylko dla mnie. Siadam przed komputerem, żeby sprawdzić ostatni raz, gdzie depozyt, gdzie start i jak z utrudnieniami na ulicach, żeby nie było zaskoczenia. Nagle widzę informację: „Już za 30 minut nasi maratończycy rozpoczną walkę o swoje marzenia!”

30 MINUT?! Patrzę na zegarek: 8:30. Patrzę na siebie: szlafrok, kawa, bez śniadania, dziecko śpi, bez śniadania, nie kupiłam mleka, rany boskie! 
Włosy stają dęba. Zrywam się z krzesła szukając w popłochu spodenek, koszulki, skarpetek, wrzeszczę na męża, żeby wstawał, że katastrofa... i budzę się. 
Sobota... Jest sobota...

Na szczęście ten koszmarny sen się nie ziścił. Ostatnie dni przed moim pierwszym maratonem to naprawdę był prawdziwy maraton koszmarów. Co noc śniło mi się, że coś idzie nie tak, a to muszę zejść z trasy, bo synek nie chce jeść zupy, a to okazuje się, że żele energetyczne zostawiłam w domu...

Na jawie

Wszystko poszło jednak zgodnie z planem. Mój pierwszy maraton pokonałam w czasie 3:56:31, co jak na debiut jest dobrym wynikiem. Nie byłabym sobą, gdybym była całkowicie zadowolona. Trenowałam do złamania 3:45:00, królewski dystans nauczył mnie jednak pokory.
W kwietniu zachorowałam i musiałam zrezygnować z treningów na czas przyjmowania antybiotyków. Ostre zapalenie oskrzeli i przewlekłe zapalenie zatok sprawiło, że przerwa w treningu wyniosła niewiele mniej niż zimowe roztrenowanie. Po dojściu do siebie musiałam powoli i stopniowo wracać do formy, na co ostatecznie zabrakło czasu. Przed startem wiedziałam, że nie dam rady pobiec tak szybko, jak sobie wymarzyłam.

Jak to ugryźć?
Plan na start nie był więc bardzo konkretny. Nigdy jeszcze nie przebiegłam takiego dystansu, zatem postanowiłam się z nim zapoznać. Wyobrażałam sobie maraton jako coś nużącego, długi bieg, podczas którego będę musiała zmagać się ze zmęczeniem i nudą, z myślami o zejściu z trasy. Nic takiego się nie wydarzyło. 

Start rozegrałam bardzo spokojnie. Do 25 kilometra biegłam na 70% moich możliwości, a końcówkę starałam się pobiec mocniej, choć wówczas wiele sił pochłonęła walka o utrzymanie wcześniejszego tempa. Dzięki spokojnej pierwszej połowie przez niemal cały dystans utrzymałam świeżość, dobry humor i siły. To było dla mnie wielkie zaskoczenie. Miałam już podczas biegu trochę żalu do siebie o tak zachowawcze tempo, ale podziękowałam sobie za to w okolicy 37 kilometra, kiedy zaczęły się schody. Być może spotkałabym wtedy się z mocną ścianą? Podczas tego maratonu udało mi się jej uniknąć, albo była na tyle słaba, że nie dokuczyła mi szczególnie. 

Wielkim zaskoczeniem było dla mnie wzruszenie, jakie mnie ogarnęło na 42 kilometrze. Wbiegając w Grodzką poczułam w gardle rosnącą kulę radosnego szlochu. Czy to endorfiny, czy bliskość mety? Nie wiem, ale nie byłam tak wzruszona już bardzo dawno. To jedna z naprawdę niesamowitych emocji, jakich udało mi się doświadczyć. Potem oczywiście radość, zmęczenie, zdruzgotanie postartowe, prawdziwy kalejdoskop. Jednak to właśnie tę kulę zapamiętam do końca życia. 

Foto: Ryszard "Richie" Kułaga


Maraton z historią w tle

15. Cracovia Maraton to dla mnie mimo wszystko start pełen małych rozczarowań. Trasa przebiegająca głównie po Starym Mieście, wkoło Błoń, po Bulwarach Wiślanych ku Tauron Arenie niestety nie prezentuje Krakowa tak, jak bym sobie tego życzyła. Zupełnie poza dyskusją zostawiam dwie pętle, które znacznie obniżają prestiż tego maratonu i odbierają biegaczom frajdę. Oczywiście trzeba docenić start i metę na Rynku, ale Kraków zasługuje na piękną, pełną, jedną pętlę. Pętlę, która pokaże coś więcej niż Rynek i Stare Miasto. Zupełnie został pominięty Salwator, Kazimierz, Podgórze i Nowa Huta. Tej Huty szczególnie mi żal. Plan Centralny oraz historyczne zabudowania Nowej Huty są warte zobaczenia. I owszem nie jest to Wawel, ale to kawał historii tego miasta. Zatem z czyją historią w tle biegłam? 

Ostatecznie dwie pętle miały dla mnie jeden zasadniczy plus – mogłam zobaczyć hebanowy splot mięśni i ścięgien, który gnał w tempie absolutnie nieosiągalnym dla przeciętnego człowieka. Zupełnie inna budowa ciała, inna motoryka ruchu – coś do bezwarunkowego zachwytu (i odrobiny zazdrości).
Przygnębiającą stroną były natomiast nieuprzątnięte stosy kubeczków po biegaczach, rozdeptana breja bananów, ciastek, czekolady, opakowania po żelach, cały ten maratoński śmietnik, po którym trzeba było biec dwa razy. Niewiele było w tym przyjemności. Widok osłabionych maratończyków, którzy byli na 30 kilometrze, gdy mijał ich 37 kilometr, zapewne też nie działał motywująco na osoby zmagające się z trudnościami. Być może tak wyglądają trasy maratońskie? Mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję porównać inne biegi.


Pakiet startowy dość skromny, koszulka niezbyt ładna, z wykorzystaniem grafiki Andrzeja Mleczki. Podobnie medal. No cóż. Synkowi spodobał się „dinozał” na medalu i biegał z nim potem po domu. Zabrakło mi informacji o tym, że można było wygrawerować sobie nazwisko na odwrocie medalu w strefie odpoczynku. Być może ta informacja była podana, ale nie dotarłam do niej. 


Czy 42 jest dla mnie?

Zdecydowanie. Sprawdziłam ten dystans, mam ochotę na więcej. Na szybciej. Już! Bieg był naprawdę bardzo przyjemny. Wspaniała atmosfera dzięki kibicom i zawodnikom niosła jak na skrzydłach. Zaplecze całego biegu było dobrze przygotowane. Oprócz trasy, koszulki, medalu, pakietu startowego, śmieci, mojego zbyt wolnego tempa... No... nie popadając w przesadne malkontenctwo mogę podsumować, że uwielbiam maratony i uwielbiam maratończyków!





6 komentarzy:

  1. Pierwsza połowwa tekstu - jakbym sam pisał, włącznie ze wzruszseniem na Grodzkiej.
    Jednak w dalszej części się nie zgadzam. Owszem, koszulke i medal sam zaprojektowałbym lepssze (zresztą projekt z Bartollinim wrzuciłem na profil maratonu ;) ), ale nie jestem nie zadowolony z dwóch pętli. Dlaczego? Przede wszystkim maraton nie blokuje całego miasta, pamiętam, gdy był puszczony do Huty. Wielicka - zamknięta, Koło Hutnika zablokowane, przez rybitwy zablokowane, przez Klasztorną zablokowane. Na mecz się wtedy spóźniłem, trudno było na Reymonta dotrzeć, nie bądźmy egoistami, inni w Krakowie też chcą żyć i poza maratonem też się coś dzieje.
    Moim zdaniem można puścić trasę do Huty, czy to będzie bardziej atrakcyjna trasa? Chyba nie, bo po drodze blokowiska.
    Syf na punktach nawadniania i z żarciem to wina biegaczy, niektórym biegnącym bardzo się śpieszy i nie potrafią zwolnić, w wyniku czego wywracają tace.
    O grawerowaniu też nie wiedziałem, wielka szkoda, bo u mnie w mieście jest z tym problem.
    Pakiet startowy - całkiem przyzwoity, nie rozumiem czego jeszcze oczekujesz od pakietu? Nigdy bogatszego nie miałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej rozumiem, że inni też chcą żyć w Krakowie i nie można podchodzić do sprawy egoistycznie. Jednak nie do końca ten argument mnie przekonuje. Maraton mamy raz w roku i to impreza o wielkich walorach marketingowych dla miasta (które jest też dla ludzi). Poza tym osobiście lubię trasę ze Starego Miasta do Huty. Ogólnie bardzo lubię Nową Hutę za jej doskonały układ urbanistyczny, za mnóstwo zieleni i przykład ludzkiego wymiaru planowania przestrzeni. Moim zdaniem nie ma się co wstydzić blokowisk, poza tym stare osiedla w obecnej chwili są ładniejsze niż większość nowopowstałych betonowych sypialni bez zieleni. Można poprowadzić trasę dalej wzdłuż Wisły np. do stopnia Dąbie. Moje zarzuty nie dotyczą organizatorów biegu, ale też samego miasta, które ma większe możliwości. Wyobrażam sobie szlak pieszo rowerowy do Mogiły, dzięki któremu nie trzeba będzie na tak długo paraliżować całego miasta. W tej chwili Kraków nie jest chyba jeszcze w pełni gotowy na przygotowanie wielkiej imprezy biegowej.
      Myślę, że w sprawie śmietnika maratońskiego masz trochę racji. Biegacze rzucają kubki gdzie popadnie, nawet pod nogi innym zawodnikom. Niemniej bez konieczności dublowania tych miejsc służby miałyby szansę wszystko sprawniej uprzątnąć. I nie ma co wszystkiego zrzucać na biegaczy, którzy są zmęczeni. Organizatorzy mogliby choć w niewielkim stopniu to ogarniać.
      A pakiet? Ja miewałam bogatsze podczas mniejszych imprez. To mój pierwszy maraton, może to standard na królewskim dystansie? Zabrakło mi w pakiecie informacji o grawerowaniu chociażby. Zwykle też prócz spożywczych artykułów są np. zniżki do sklepów biegowych. Często z nich korzystam.

      Usuń
  2. Wspaniale ! Gratuluje udanego debiutu i radości do końca biegu !

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje! Kiedy ultramaraton?

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Ściana , Blogger