O korzyściach biegania rano


Zwykle, gdy opowiadam komuś, jak wygląda mój tydzień treningowy, spotykam się ze zdziwieniem albo powątpiewaniem, a czasem czuję, że ten ktoś nie traktuje mnie już tak poważnie, jak wcześniej. Dla większości osób bowiem wstawanie bladym świtem, żeby się porządnie spocić, to szaleństwo. 



Do porannego biegania zachęcił mnie mój stary kolega, jeszcze z czasów licealnych, z którym spotkałam się na jednej z biegowych imprez. (Swoją drogą w tamtych dawnych czasach nie należeliśmy do miłośników zdrowego stylu życia.) Podczas późniejszej, inspirującej dla mnie, rozmowy narzekałam, że nie mogę sobie poradzić z brakiem czasu. Mając małe dziecko niejednokrotnie wychodziłam na trening po 21:00. Wówczas po całym dniu w pracy, podróży rowerem, czasu spędzonym z małym, zakupach, domowej krzątaninie, nie było mowy o bieganiu, które coś wnosi dla formy. Powłóczenie nogami, kolki, zmęczenie, a potem niemożność zaśnięcia wtłaczała mnie w zamknięty krąg przemęczenia. Dla kolegi, posiadającego dwójkę dzieci i wymagającą pracę, poranne bieganie było jedynym rozwiązaniem. Choć wówczas z pewnym dystansem podeszłam do takiej możliwości...
Jakie mam alternatywy? Czy mogę wychodzić na trening wcześniej, koło 18:00? Jest to oczywiście do zorganizowania. Obiad w pracy, po powrocie krótki odpoczynek, banan i już zakładam buty. Nie chcę jednak rezygnować z czasu z własnym dzieckiem, który mi zostaje każdego dnia. W tygodniu mam go niestety dramatycznie mało. Rano zawożę małego do żłobka, wracam do domu o 17:00. Wtedy przygotowanie posiłku, jedzenie, sprzątanie, kilka chwil na zabawę, gdy pogoda pozwala - jeszcze spacer. Koło 20:00 kolacja, kąpiel, czytanie książeczek i szybko spać. Niestety moje dziecko nie należy do tych łatwozasypiających, więc bywa bardzo różnie. Czasem mały baraszkuje w najlepsze do 23:00 (ku naszej, oczywiście, rozpaczy).
Nie mogę i nie chcę zabierać mu tych chwil, kiedy jesteśmy wszyscy razem.

Wyrzeczenie i masochizm?
Wygląda więc to tak. W tygodniu roboczym trenuję dwa dni. (O weekendzie nie wspominam, bo wówczas wychodzę na treningi trochę później, choć nadal rano.) Wstaję w dzień treningowy o 4:00. Kawa, bułka z miodem lub ciastka owsiane, szklanka wody, szperanie w internecie. Ubieram się i o 4:50 jestem gotowa.
(W trakcie przygotowań do maratonu musiałam wychodzić jeszcze wcześniej, żeby zmieścić objętość treningu.) A zatem rozgrzewka. Trzeba pamiętać o dłuższej rozgrzewce – początkowo spokojne rozruszanie każdego stawu, a dopiero potem typowe ćwiczenia. Wreszcie trening.


Zawsze zabieram ze sobą telefon, budzik ustawiam na 5:55, żeby wiedzieć, że trzeba mocniej docisnąć, bo na 6:00 bezwzględnie muszę być pod domem, żeby mieć trochę czasu na rozciąganie. (Wtedy w uszach mam piękną piosenkę Charlotte Gainsbourg i wiem, że to będzie dobry dzień.)


6:10 w domu. Wtedy prysznic, woda, herbata, jakiś owoc i o 6:30 budzę moich chłopaków. Mały pałaszuje śniadanie. 7:10 siedzi już w przyczepce, ja na rower. Jeszcze tylko 9,5 km do pracy. Po drodze zostawiam małego w żłobku. Uf.

Da się? No da. I, choć to zadziwiające, naprawdę bez wyrzeczeń. Muszę nawet powiedzieć, że uwielbiam poranne treningi. Jestem wówczas pełna energii, nigdy nie dokucza mi kolka, mięśnie są posłuszne i rześkie.

Lubię Kraków wczesnym rankiem, puste ulice mają w sobie pewien spokój i niewzruszoność. Lubię mijać ludzi skulonych na przystankach, ziewających, wtulających się w kurtki. Mam nadzieję, że jestem dla nich choć małym pocieszeniem, że w tym ciężkim losie, który sprawia, że trzeba już o 5:00 stać na przystanku i gdzieś jechać, nie są sami. Ktoś też zaczął już dzień. Ta zwariowana, dysząca dziewczyna. Ja.

Wschód słońca. Warto dla tego widoku wstać...




Do rzeczy jednak – plusy:
  1. Mobilizacja. Jak już wstanę o 4:00, to trudniej odpuścić mi założenia treningowe. Mam w głowie jakiś mechanizm, który nakazuje mi dawać z siebie wszystko, skoro mogłam w tym czasie jeszcze spać. Niech ten wysiłek nie idzie na marne. Żadnego człapania.
  2. Dzień wydaje się w dni treningowe bardzo długi. Przyjeżdżam do pracy z bagażem wrażeń, emocji, obserwacji, gdy inni dopiero rozbudzają się i zabierają za pracę. To świetne uczucie.
  3. Zdecydowanie trudniej wyprowadzić mnie z równowagi. Przez cały dzień jestem wypełniona pozytywnym myśleniem, dosłownie po brzegi.
  4. Mam czas na wszystko i mnóstwo energii. Bieganie rano ładuje baterie na cały dzień. Oczywiście trzeba się odpowiednio wcześnie położyć. Sen od 24:00 do 4:00? To się nie uda. Kładę się najpóźniej o 22, sześć godzin to ilość snu, która mi wystarcza. Jeśli z przyczyn niezależnych nie położę się przed 22, odpuszczam trening następnego dnia. Tutaj potrzeba trochę dyscypliny.
  5. Absolutnie wszystko w dzień treningowy robię energiczniej, szybciej, po powrocie z pracy mam siłę na zabawę z małym i dobry humor cały dzień. To chyba największy plus. Endorfiny krążą cały dzień we krwi. Do tego mam poczucie, że zrobiłam coś dla siebie, dla formy, dla swojej pasji. Że udało mi się wycisnąć z dnia więcej niż praca-dom.
  6. Sen przed 22 daje maksymalną regenerację i świetne samopoczucie. To nie mit.

Spiesząc się do pracy po prostu mijam to miejsce.


Minusy:
  1. Trzeba kłaść się wcześniej. Dzień przed treningiem, dzień treningowy i dzień po treningu, a następnego dnia z kolei znów wypada trening, więc... trzeba kłaść się wcześniej cały czas.
    Co mnie raczej nie przeszkadza, ale mojemu mężowi, który jest sową, trochę już tak...

Więcej ich nie znajduję, naprawdę. Może... Może zdziwione miny ludzi, widzących biegacza o 5:00, gdy napadało śniegu, mróz -8, ciemno choć oko wykol? Tak, zima bywa trudna, ale satysfakcja większa. Nie bez znaczenia jest fakt, że w zimowy dzień treningowy nie jest mi zimno do końca dnia.
Na upartego jeszcze jedno:
Chce się jeść. Dużo.


Jak zatem to zrobić?
Muszę przyznać, że wstawanie na trening przed pracą wydawało mi się absolutnie niewykonalne... dopóki tego nie zrobiłam! Dwa pierwsze dni po treningu są trudne, owszem. Trzeba się przyzwyczaić do innego układu dnia, innego rozkładania energii, do większego wydatku sił.
Trzy najważniejsze rady, jakie mogę dać:
  1. Upór i motywacja. Nie odpuszczać. Żadnych wymówek. Telefon z budzikiem z dala od ręki, bo już 10 minut drzemki ekstra burzy misterny plan. Oczywiście jeśli ktoś ma wolny zawód, własną firmę, sprawa jest prostsza. Pracownik zwykły, jak ja, nie może się spóźnić. Zatem wstaję, bez gadania.
    Dużo daje mi też poczucie, że ten czas od mojej pobudki do pobudki chłopaków jest tylko i wyłącznie mój. Delektuję się ulubioną czarną kawą i miodem, potem delektuję się wprawianiem ciała w ruch. Zbieram te chwile jak skarby.
  2. Dobra organizacja. Trzeba sobie przygotować rzeczy wieczorem, by nie szukać po ciemnym domu ubrań, zegarka, chusty, bluzy... Buty zakładam na zewnątrz, żeby nie robić nadmiernego hałasu.
  3. Sztuczki. Można sobie znaleźć coś, co zerwie z łóżka tak czy siak. Dla mnie to są włosy. Przyzwyczaiłam się myć włosy codziennie. Zwykle wieczorem. W dzień przed treningiem ich nie myję. Nie wyjdę z domu w nieświeżych włosach i już. Myślę, że kobiety mnie zrozumieją. Nie ma tu nic z natręctwa. Nie i już. Zatem kalkulacja jest prosta. I tak muszę wcześniej wstać je umyć. Więc już pójdę na ten trening.
Zrobione. Uf!


Na koniec dodam, że bieganie rano na pewno nie jest dla każdego. Wszystko zależy od predyspozycji i osobistego zegara biologicznego. Zgadzam się z tym i rozumiem. Są osoby, które nie są w stanie wstać tak wcześnie i już. Od dawna przecież jest znany podział na sowy i skowronki. Zanim jednak uzyska się pewność, że kategorycznie nie jest się skowronkiem, proponuję sprawdzić. Osobiście nie żałowałam absolutnie żadnego porannego treningu. Czuję też, że te treningi dużo wniosły w moje życie i mój rozwój biegowy. Do tego to świetne samopoczucie... Cóż mogę dodać? Bieganie rano jest po prostu fantastyczne. Kropka.

PS. Dzięki Kuba!

2 komentarze:

  1. Rewelka :) gratuluje formy. Dopiero zaczynam biegać po dłuższej przerwie, Aga ma 2,5 miesiąca. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie! 2,5 miesiąca? Dla mnie to jeszcze był biegowy zakaz, było trochę marudzenia, ale teraz z zazdrością patrzę na takie malutkie bobasy... ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Ściana , Blogger