Kilometry w rytmie disco – Summer RUN

Małpia wyspa

Zazwyczaj unikam startów w miesiącach letnich. Wyjątki do tej pory stanowiły jedynie biegi leśne z minimalną ekspozycją na słońce. Kiepsko znoszę upały, szybko drażni mnie słońce, nietrudno mi o udar cieplny, więc staram się tego unikać i w lecie biegać bladym świtem, a w ciągu dnia leżakować w cieniu. W tym roku zaplanowałam jednak cały cykl „Biegam w Małopolsce”, więc trzeba się było zmierzyć z Summer Run...


Summer Run Bieg nad Jeziorem Rożnowskim to bieg anglosaski, którego trasa przebiega w okolicach Gródka nad Dunajcem. Gmina Gródek nad Dunajcem leży przy południowych brzegach Jeziora Czchowskiego i rozciąga się aż do Jeziora Rożnowskiego, część gminy położona jest na Pogórzu Rożnowskim należącym do Beskidu Niskiego. Rzeźba terenu jest bardzo urozmaicona, wzniesienia przecinane są głęboką doliną Dunajca, co wpływa na szczególne walory krajobrazowe. Jezioro Rożnowskie to zbiornik zaporowy, który powstał w wyniku koniecznego spiętrzenia Dunajca, by móc wybudować elektrownię Rożnów. Jezioro samo w sobie jest atrakcyjne turystycznie – można żeglować, wędkować i zażyć kąpieli. Właśnie między innymi w Gródku jest kawałek piaszczystej plaży. Szczególnie malowniczo prezentuje się Małpia Wyspa, która powstała w wyniku zalania zbiornika w 1942 roku. W chwili obecnej jest ściśle chroniona jako rezerwat ptaków, w tym rzadkiego bociana czarnego. Można do niej podpłynąć łódką lub na rowerku wodnym i pooglądać z bliska. Przez te tereny przebiega również Niebieski Szlak Turystyczny z Tarnowa na Wielki Rogacz, który bardzo chciałabym kiedyś przemierzyć w całości, ponieważ jest to niewątpliwie jeden z piękniejszych traktów w polskich Karpatach. Wracając jednak do biegu...



 
 Bez gadki szmatki


10-kilometrowa trasa nie należała do najprostszych, choć niewątpliwie była niezwykle malownicza – wspaniałe otwarcia pozwalały nasycać się widokiem Jeziora, okolicznych wzniesień oraz pobliskich domostw ulokowanych w dolince. Pierwszy solidny podbieg zaczynał się już na 500 metrze i ciągnął się niemal do trzeciego kilometra. Potem stromy zbieg... i jeszcze trochę męczących wypiętrzeń. Najtrudniejszy moim zdaniem odcinek trasy to ósmy kilometr, z bardzo wymagającym podbiegiem. Zakończenie trasy to kolejny bardzo stromy zbieg i jako wisienka na torcie – długie wypłaszczenie, na którym wreszcie można było wyciągnąć nogi. Do tak wymagającego startu brakowało mi wybiegań po wzniesieniach, ale i tak jestem zadowolona z wyniku. Czas, jaki udało mi się osiągnąć, to 00:51:46. Podbiegi zdecydowanie nie są moją mocną stroną, choć ten wysiłek zawsze przynosi mi fantastyczne zadowolenie z porządnego zmęczenia. Na pewno w tym sezonie zboczę trochę z płaskich ścieżek.


Po wszystkim stwierdziłam, że jednak najbardziej lubię dłuższe dystanse. Niecała godzina na trasie to dla mnie zbyt mało, by się zawodami tak naprawdę nacieszyć. Lubię te pogawędki z zawodnikami, kiedy jest czas na biegową maniankę w ulubionym tempie, zwykle też zdarza się jakiś jowialny wesołek, tworzący koloryt zawodów. Tutaj nie było gadki szmatki. Każdy cisnął, albo starał się złapać choć trochę więcej oddechu.



Organizacja na piątkę


Miejsce, w którym znajdowała się meta i start - bardzo przyjemne. Tuż przy hali był duży plac zabaw, gdzie mój syn mógł szaleć do woli. Świetne też były stragany z lokalnymi produktami – to był strzał w dziesiątkę. Kiełbaski, miody, rewelacyjne piwko z browaru Trzy Korony (do którego z chęcią jeszcze wrócę), dobra kawka – bardzo przyjemnie również dla kibiców. Do organizacji samego biegu nie mam zastrzeżeń, wszystko było w najlepszym porządku. Dobrze oznakowana trasa, woda w idealnych miejscach, toi-toie, dobra rozgrzewka, przepyszny posiłek regeneracyjny – makaron z sosem borówkowym. Szkoda tylko, że mój synek nie dotrzymał do dekoracji drużyn (po szaleństwie na placu zabaw i słońcu domaga się snu). Zapisałam się na ostatnią chwilę w biurze zawodów do drużyny, w której brakowało kobiety i uplasowaliśmy się na wspaniałym 29 miejscu! Mam nadzieję, że zawodnicy z drużyny otrzymali jakieś nagrody. Jeśli już miałabym się czegoś czepiać, to szkoda, że nie było koszulki w pakiecie, tylko okulary przeciwsłoneczne... Jestem okularnikiem, więc dla mnie zupełnie zbędny gadżet. Nawet ze smyczki do kluczy ucieszyłabym się bardziej. Nie zmienia to jednak faktu, że będę polecać te zawody z czystym sumieniem. Gdy już przebiegłam linię mety mówiłam, że nie ma mowy, żebym w przyszłym roku pobiegła tę trasę w drugą stronę. Wieczorem już jednak nie byłam tego taka pewna...

Co w Gródku piszczy


Przyjechaliśmy do Gródka z 2-letnim synkiem. To był nasz pierwszy wyjazd na zawody, podczas którego postanowiliśmy spędzić w miejscu startu cały weekend. I z tej perspektywy Gródek jest zupełnie rozczarowujący. Brakowało mi wytyczonych szlaków z samego Gródka, gdzie można byłoby spacerować (na poważne chodzenie po szlaku syn jest jeszcze za mały). Niewiele jest miejsc, gdzie można pojeździć na rowerze w samym Gródku. Nie można też spokojnie skorzystać z jeziora, bo nie ma promenady, mola, bulwarów, ścieżki... tylko płatny niewielki odcinek plaży z polem namiotowym. W przyszłym roku ma powstać specjalnie przygotowana trasa pieszo-rowerowa wzdłuż brzegów Jeziora Rożnowskiego. W tej chwili jedynie dalsza okolica jest przygotowana do dłuższych wycieczek rowerowych.

park linowy


Z atrakcji dostępnych na miejscu odwiedziliśmy natomiast park linowy – bardzo przyjemna atrakcja z trasą dla maluchów, gdzie mój synek przeszedł całą trasę siatkową (i dla mnie, i dla niego to był debiut w tej rozrywce i baliśmy się zapewne jednakowo). W pobliżu Centrum Formacyjno-Rekreacyjnego Diecezji Tarnowskiej „Arka” (zresztą fantastycznie położonego) jest orlik i plac zabaw, gdzie trochę graliśmy w piłkę. Byliśmy na licznie uczęszczanej przez okolicznych gości plaży. Byliśmy przy stadnince koni... I to niestety wszystko.


Miejscowość jest ładnie położona, znajduje się bardzo blisko Krakowa. Moim zdaniem nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Trzeba jednak przyznać, że zaplecze gastronomiczne jest na zaskakująco wysokim poziomie. Jedliśmy w dwa posiłki w różnych miejscach i naprawdę było smacznie i uczciwie. Nieczęsto się to zdarza w popularnych miejscowościach turystycznych w Małopolsce.


Nocowaliśmy bardzo blisko centrum, więc wieczorami wino, muzyka i śpiew dobiegały do nas z wielkim natężeniem. Zatem zgadzam się z tym, że poszukujący spokoju i odpoczynku nie powinni nocować w samym centrum miasteczka. Zastanawiałam się dlaczego z Gródka zrobiła się ludyczna, przaśna imprezownia. Być może wynika to z niewykorzystanego w pełni potencjału turystycznego (brak ścieżek spacerowych, niewiele miejsc do rodzinnej jazdy na rowerze, dobrze ukryte wyjścia na szlaki, całkowity brak informacji turystycznej). Osobiście uważam, że wszystko jest dla ludzi i każdy ma prawo spędzać czas, jak lubi, słuchać ulubionej muzyki, tańczyć, a potem z tęsknotą śpiewać na całe gardło o Rudej do późna w noc. Dość powiedzieć, że w kwaterze sąsiadował z nami zawodnik (starszej daty!), któremu to bardzo pasowało i o 22 przed zawodami raźno ruszył w tango, choć bardziej podhalan disco. Jednak wszystko to skutecznie mnie odstraszyło od tej miejscowości.








Podsumowując. Przyjemny wyjazd, spory wycisk. Do Gródka na razie nie mam po co wracać, ale bieg pozostawił bardzo przyjemny, borówkowy posmak.


3 komentarze:

  1. Bardzo dziękuję! Liczyłam na mniej niż 50 minut, ale trasa mnie zaskoczyła :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A może jeszcze spróbujesz? Oj, czasem tak jest, że i mój organizm nie chce sam biegać... grunt to znaleźć solidną motywację! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, to w ogóle był pierwszy wyjazd "biegowy" z moją rodziną. Zwykle to odbywało się trochę ich kosztem.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Ściana , Blogger