Homo sapiens currens – Urodzeni biegacze

Kontrowersyjny bestseller McDuougalla,  który namieszał nieco wśród producentów obuwia biegowego ma niemal tyle samo krytyków, co wielbicieli. Akcję książki można streścić zaledwie w jednym zdaniu, ale za to pełno w niej dygresji i przemyśleń autora
- o winnej wszelkim kontuzjom Nike, o ścieżce ewolucji człowieka, do tego nieco dietetycznych porad, opis nierzeczywistego Caballo Blanco i sylwetki kilku amerykańskich utramaratończyków, kilku Indian z plemienia Tarahumara i sporo biegania w morderczym upale. Wszystko to jak w kalejdoskopie: przenika się, zmienia, wątki ewoluują i zanikają tworząc nieco dziwny kogel-mogel.

Książka przeleżała u mnie na półce niemal cztery lata, zanim ją przeczytałam. Zapewne czekała na swój czas, by dać mi z siebie tyle, ile tylko jest w stanie. Rzeczywistość jest nieco bardziej przyziemna – całkowicie zniechęcała mnie okładka. Mówi się, że nie można oceniać książki po okładce, niemniej to właśnie przez nią ciągle odsuwałam ją na tył kolejki.

okładka polskiego wydania
Zdecydowanie bardziej podobają mi się niektóre zagraniczne wydania, ale to wyjątki. Niemal na całym świecie książka oprawiona jest w to samo zdjęcie, czasem tylko grafik dopracuje bardziej typografię. Okładka jednak nie powinna nikogo zniechęcać, warto przeczytać Urodzonych biegaczy dla kilku naprawdę interesujących fragmentów.





Biegający Ludzie
Czytając opis książki na jej odwrocie oraz na stronie wydawcy można odnieść wrażenie, że będzie to na poły baśniowa opowieść o mitycznym plemieniu, które zaszyte w meksykańskich kanionach potrafi biegać jak żaden inny człowiek, pokonywać dziennie setki kilometrów w morderczym upale. Brzmi mało realnie, ale... opowieść jest oparta na faktach, choć pewnie podkolorowana. Bohaterowie w niej opisani to ludzie z krwi i kości, którzy to wszystko przeżyli, wybiegali, wypocili.

Nie dziwię się, że powieść Christophera McDougalla szybko stała się prawdziwym bestsellerem. Autor, dziennikarz, reportażysta z ogromnym i różnorodnym doświadczeniem, pisarz potrafi operować słowem pisanym i trzymać uwagę czytelnika blisko sedna sprawy. Potoczysty, żywy język, nieco gawędziarska narracja, historia opisana z prawdziwą swadą, wciąga niemal od razu w świat spalonych słońcem szlaków i małych, gościnnych miasteczek.
   
Można powiedzieć, że w książka nie kipi od nadmiaru akcji. Autor poszukuje tajemniczego szaleńca Caballo Blanco, po długim czasie udaje mu się go znaleźć, przyłącza się do niego, obserwuje jak Caballo organizuje zawody najlepszych ultramaratończyków ze Stanów Zjednoczonych z przedstawicielami tajemniczego plemienia Tarahumara. Następnie żywiołowo opisuje ten wyścig. Jak na ponad 300 stron gęsto zapisanej prozy, to niewiele wydarzeń. McDougall potrafi jednak opowiadać, choć podejrzewam, że wiele osób będzie rozdrażnionych dygresyjnością tej narracji. Skakanie z tematu na temat pojawia się bardzo często i łatwo zgubić wątek. Dla mnie to jednak śledzenie toku myślenia tego człowieka, który wydaje mi się dość ciekawy.
Jako więc biegowe czytadło sprawdza się nieźle, choć często można odnieść wrażenie, że autora solidnie poniosła fantazja. Dlatego przestrzegam przed traktowaniem zawartych tam treści i porad jako wskazówek treningowych.




Ta niedobra Nike
Wierzę, że publikacja tej powieści porządnie namieszała w świecie biegowego obuwia. Sama po tej lekturze powróciłabym chętnie do korzeni i dała moim stopom pracować wreszcie w zapisany między ścięgnami sposób. Chciałabym poczuć jak stopa kurczy się i rozpręża niczym sadzący susy zając czy też pędząca za nim, zwinna pantera. Nie jestem jednak przekonana, czy bieganie boso jest dla każdego. Na własnych nogach poczułam, że lepiej biega mi się w butach o mniejszej amortyzacji, ale przez lata biegałam w znienawidzonych przez autora Pegasusach tej wszystkiemu winnej Nike i nie miałam żadnej poważnej kontuzji (niebawem opiszę swoje doświadczenia biegowe w dwóch rocznikach tych legendarnych już butów). Każdy biegacz jest po prostu osobnym przypadkiem. Nie sądzę też, że Nike jest winna wszelkim kontuzjom biegaczy, bo wypromowała modę na bieganie w poduszkowcach. Ziarno prawdy na pewno w tym jest, wszyscy wiemy, jak działają wielkie koncerny, sztaby ludzi pracują nad tym, by wdrukować ludziom potrzebę zakupu danego produktu. Tak niestety ten świat wygląda. Ktoś chce sprzedać but, ktoś chce sprzedać książkę. Z tego powodu wszelkie nieco podkolorowane rewelacje włożyłabym między bajki.
Dużym minusem książki jest również to, że opis książki podaje, że autor poznaje sekrety tajemniczego plemienia Tarahumara, a o tym plemieniu za wiele w powieści niestety nie ma. Pojawiają się i znikają jak cień. Ktoś, kto szuka tutaj wiadomości o tym plemieniu, lepiej niech nie traci czasu.

Homo sapiens currens

Najmocniejszym fragmentem Urodzonych biegaczy niewątpliwie są rozdziały o ewolucji człowieka, jego budowie, świadczącej o tym, że wyewoluował po to, by biegać. Wytrzymałość pozwała człowiekowi przetrwać, zagonić zwierzynę na śmierć. Są jeszcze plemiona stosujące polowanie uporczywe, niemniej są to jednostkowe przypadki, dlatego teorie te – choć szeroko omawiane wśród naukowców, są tak naprawdę trudne do udowodnienia. Zabicie zwierzęcia poprzez zagonienie to zbrodnia doskonała, nie zostawia żadnych śladów. Hipoteza biegu wytrwałego podaje szereg dowodów na swoje potwierdzenie – choćby budowę anatomiczną i fizjologiczną człowieka. Posiadamy wiązadło karkowe, jako jedyni spośród małp człekokształtnych – dzięki niemu jest możliwa stabilizacja głowy. Dzięki obręczy barkowej mamy świetną stabilizację ramion i głowy, która jest potrzebna w biegu, przy chodzeniu jest zbędna. Kończyny, a przede wszystkim długie nogi i potężne mięśnie ud i pośladków predestynują do biegu. Do tego sprawa niebagatelna – świetna termoregulacja – człowiek poci się całą powierzchnią skóry. Jest jeszcze wiele szczegółów anatomicznych, które dowodzą hipotezie biegu wytrwałego, niemniej posiada ona wielu przeciwników.
Na pewno daje ona do myślenia. McDougall pisze jeszcze, że choć teorie te trudno udowodnić badając szczątki człowieka, warto zastanowić się nad współczesnością. Jest w ludziach niezaspokojona potrzeba rekreacji, wszelkie gry zespołowe, wiele sportów polega właśnie na bieganiu. Ludzie biegają w zawodach, nie jest to zjawisko ani nowe, ani kameralne. Sama odczuwam rodzaj pierwotnej przyjemności podczas biegania, pewnego rodzaju prawidłowości, czuję, że tak jest dobrze, tak działa moje ciało, że robię coś, co ciało potrafi i lubi.

Podsumowując zatem nie jest to książka dla każdego. Urosła do rangi kultowej, ale rozumiem osoby, którym się nie podobała. Moim zdaniem warto przeczytać. A przede wszystkim wejść na oficjalną stronę książki i autora, gdzie można zobaczyć zdjęcia, o których McDougall wspomina w książce. Niestety polska edycja pozbawiona jest fotografii. Na stronie natomiast można obejrzeć więc Caballo Blanco, jeszcze boksera, Scotta Jurka biegnącego z zawodnikiem Tarahumara – naprawdę genialne zdjęcie.

Radość z biegania
Na koniec - co warto wynieść z tej lektury? Przede wszystkim powrót do natury, do korzeni, by poczuć najczystszą radość z biegania. W wyścigu za lepszym czasem, lepszą formą łatwo zagubić przyjemność, jaką daje ten sport. Warto poświęcić trochę czasu i przypomnieć sobie, po co się to tak naprawdę robi.
Będąc świeżo po lekturze wybiegłam dzisiaj na trening nieco odmieniona, lżejsza, zwracająca baczniejszą uwagę na przyrodę, na moje ciało, rzadziej spoglądałam na zegarek. I choć może moje ręce nie pracowały jak miechy, a kolana nie działały jak tłoki, bo gdzie mi tam do Rarámuri, to poczułam, że moi zamierzchli przodkowie byli urodzonymi biegaczami.

Chrisopher McDougall
Urodzeni biegacze
Wydawnictwo Galaktyka
Łódź 2010 (I wydanie)
329 str.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Ściana , Blogger