Jak polubić bieganie?


Bieganie stało się naprawdę modne, ścieżki pełne biegaczy, celebryci też nie stronią od tego sportu. A co jeśli ktoś po prostu nie lubi biegać? Czy da się to zmienić? Gościnnie na Ścianie mój mąż, Tomasz, który biega od bardzo dawna, ale od niedawna z przyjemnością. Zapraszam!


Zapewne gdzieś w idealnym świecie wszyscy biegacze śmigają lekko, niemal bez wysiłku i z szerokim uśmiechem na ustach. Niestety w naszej rzeczywistości sprawy są nieco bardziej skomplikowane. Nie każdemu sport kojarzy się z pasją, dla wielu jest to kwestia konieczności lub mocnego postanowienia (Nowy Rok się zbliża...). Motywacje bywają różne, chęć schudnięcia, zbudowania lepszej formy, rehabilitacja. Czasami po prostu trzeba wylać trochę potu dla lepszej sprawy, tylko jak jeszcze czerpać z tego jakąś przyjemność?

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa: jest wuef, zaczynają się biegi na dwa albo trzy okrążenia boiska, jestem pełen entuzjazmu i energii, gotowy do rywalizacji z kolegami z klasy. I faktycznie, startuję z animuszem, wszystko idzie świetnie, wyprzedzam jednego, drugiego, myślę sobie, że przecież to jest coś dla mnie, coś wspaniałego, tak myślę do czasu, gdy przybiegam na metę - na miękkich nogach, wykończony, gotowy wypluć płuca. Wtedy obiecuję sobie nigdy więcej nie biegać.

Oczywiście nigdy tej obietnicy nie dotrzymałem, ale schemat był mniej więcej podobny. Najpierw słomiany zapał, później zniechęcenie.

"Adam siedzi szybciej niż Tomek biegnie"
Od tamtej pory wybiegałem jeszcze wiele kilometrów w ramach przygotowania do mojego ulubionego sportu, czyli piłki nożnej, którą amatorsko uprawiam. Zajęcia te realizowałem głównie w myśl zasady, że najważniejsze jest walczyć do upadłego, nie oszczędzać się, dawać z siebie wszystko. Nie muszę więc chyba mówić, że tamte biegi nie miały wiele wspólnego z frajdą, prędzej z katorgą.

Zapewne tak byłoby do chwili obecnej, gdyby nie fakt, że zapaloną biegaczką jest moja żona, (która teraz zgodziła się, abym napisał tę gościnną notkę na Ścianie). Ponieważ lubimy spędzać ze sobą czas, naturalnym jest, że część tego stanowi sport.
A uwierzcie mi, nie jest łatwo dotrzymać kroku komuś, kto bieganie ma we krwi i mógłby biec bez końca, gdyby zapomniał, że trzeba przestać.


O ile jednak starty w zawodach wybiłem sobie z głowy dość szybko, to wspólne treningi okazały się być dużo fajniejsze niż mogłem przypuszczać i wcale nie przypominają gonitw z filmów sensacyjnych ani treningów lekkoatletycznych w NRD.


Nasze wspólne treningi otworzyły mi oczy na kilka kwestii, o których wcześniej nie miałem pojęcia, albo je lekceważyłem. Podstawowe refleksje, jakie mi się nasunęły:

  1. Liczy się czas a nie dystans. Nie wiem czemu, ale zawsze wydawało mi się, że należy przyjąć sobie jakiś odcinek do pokonania. Tymczasem okazuje się, że dystans na początku naszej przygody w ogóle nie jest ważny! Rzecz idzie o zdolność organizmu do jak najdłuższego wysiłku.
  2. Rozgrzewka i rozciąganie. Kropka. Bez solidnej rozgrzewki (przed) i rozciągania (po) po prostu nie da się dłużej biegać. Można najwyżej zrobić sobie krzywdę.
  3. Pulsometr robi robotę. Ten niewielki gadżet pozwolił mi w końcu zorientować się, w którymś momencie przestaję budować formę, a zwyczajnie "żyłuję" organizm.
  4. Różnorodność treningu. Oczywiście można biegać jednostajnym tempem na stałym dystansie na tej samej trasie, ale po co? Rozbieganie, interwały, sprinty, przebieżki, podbiegi, zabawa biegowa. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest tyle możliwości, że ten sport ma tyle różnych form aktywności.
Wracając do pytania zadanego na wstępie. Odpowiedź nie jest prosta, a równocześnie trochę jest. Człowiek to takie zwierzę, u którego bieganie ma długą tradycję, znacznie dłuższą niż np. jedzenie sztućcami, i zakładam, że gdzieś w środku wszyscy mamy tego dzikusa, który potrafi biec dłużej niż inne gatunki. Może biec, nie dlatego, że się do tego zmusza, lecz że to jego naturalna zdolność.

Trzeba tylko znaleźć w sobie ten naturalny rytm i siłę. Zapomnieć o postanowieniach, planach, o dystansie, o kaloriach, zapomnieć o poradnikach, znajomych, strojach markowych firm. Po prostu pobiec, dopóki mamy na to ochotę. Jeśli jest to 100 metrów to niech będzie to 100 metrów. Następnym razem będzie dwa razy tyle. Szybko zaczną to być kilometry, bo postępy nigdy nie są tak szybkie jak właśnie na początku. Wcale nie chodzi o to, aby doprowadzić się do skrajnego wyczerpania. Bieganie, które ja nazywam "przyjemnościowym", czyli takie, przy którym można swobodnie rozmawiać, stanowi fundamentalny element treningu. A kiedy organizm trochę się wzmocni, nawet na najbardziej intensywne sprinty będzie reagował fantastycznym skokiem adrenaliny i testosteronu, a nie "odcięciem prądu".

Parkrun na trasie alternatywnej. Foto: Ewelina Kempa.


Nie wiem, czy jest możliwe, aby biegać za krótko albo za wolno. No chyba, że przed kimś uciekacie albo przygotowujecie się do olimpiady. Jeżeli jednak nie, to na pewno można biec za długo albo za szybko i zwyczajnie się zniechęcić. Zamiast więc zmuszać się i katować, proponuję wyjść któregoś ładnego dnia, kiedy czujecie się dobrze, kiedy macie energię, poszukać przyjemnej okolicy, np. parku czy alejki nad rzeką, porządnie, ale to naprawdę porządnie się rozgrzać (choć nie do przesady) i powoli ruszyć przed siebie.

Tyle ode mnie, pozdrawiam wszystkich czytelników.
Tomek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Ściana , Blogger