O równowadze

W listopadzie zeszłego roku zaplanowałam sobie trzytygodniowe roztrenowanie. Książkowe, metodyczne, po którym odświeżona i wypoczęta wrócę na treningowe ścieżki, by stawiać kolejne kroki w biegowym rozwoju. Tak się jednak nie stało. Wróciłam do biegania dopiero w kwietniu i to z wielkimi oporami. Dlaczego?


Poprzedni sezon zakończyłam boleśnie. Tarnowska Dyszka, na którą pracowałam tak długo nie poszła mi tak, jak się tego spodziewałam. Kilka amatorskich błędów i nie padła moja życiówka. Byłam na siebie zła, czułam rozgoryczenie i zawód. Zupełnie nie cieszyły mnie te zawody, spotkanie ze znajomymi, mimo wszystko naprawdę dobre tempo biegu. Start nie przyniósł nic pozytywnego. Coś wtedy we mnie pękło, choć długo nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Po co ci te zawody?
Zapytała mnie któregoś razu koleżanka, która ze sportem ma tyle do czynienia, co ja z szydełkowaniem. Powiedziałam coś o rywalizacji, o atmosferze, o jedności z rodziną biegaczy, o przyjemności dania sobie wycisku i satysfakcji ze stawania się coraz lepszym. W ówczesnej sytuacji to wszystko było fałszywe, bo ja tego już nie czułam. Liczył się tylko mój zawód, moja porażka. Straciłam coś, co sprawiało, że zakładałam buty w słońcu, w deszczu, w śniegu.
Zaczęłam to tak naprawdę analizować długo później. W tamtym czasie miałam roztrenowanie, odpoczynek. Trzy tygodnie szybko minęły a mnie do biegania nie ciągnęło nic. Po drodze remont, przeprowadzka, urządzanie, praca i jeszcze więcej pracy. I z trzech tygodni zrobiły się trzy miesiące.

Złapać balans
Cały ten czas przepracowałam po godzinach w domu. Sport ograniczyłam do jazdy rowerem do pracy. Gdy już budowlańcy dawno skończyli robotę, ja skończyłam swoją pracę, zaczęły się problemy. Pewnej nocy obudziłam Tomka, że kołacze mi serce, że to chyba koniec. Gdy po chwili popijałam gorący rumianek i słuchałam, jak Tomek oddycha miarowo, choć wcale nie śpi, wiedziałam, że coś się musi zmienić. Na początek zmienić proporcje – pięć kaw dziennie i pięć godzin snu sprowadziłam do dwóch kaw dziennie i siedmiu godzin snu. I powrót do treningów. Moje serce się tego domagało.

Dwa dni później wyszłam na trening, straszny, mozolny trucht i chciało mi się płakać. Cała moja lekkość i prędkość została na fotelu. Po trzech kilometrach poczułam jednak, że to jest właśnie to, czego mi brakowało. Nie tyle samego biegania, ile aktywności, którą wykonuję sama. Poczucia, że mięśnie pracują, a myśli krążą swobodnie lub stoją w miejscu. Poczułam, że nie jest ważne, czy biegasz, jeździsz na rowerze, grasz w piłkę, spacerujesz z psem, czy ćwiczysz w domu na kocyku. Ważne są proporcje. I pewnie to co mówię można znaleźć w każdym poradniku dotyczącym szczęścia, ale odczułam to na własnej skórze.



Zupełnie nowa jakość treningu :)


Plany
Z wypiekami na twarzy śledziłam faworytów i znajomych podczas niedawnego maratonu w Krakowie. I gardło ściskało z tęsknoty za zawodami, ale postanowiłam nauczyć się znów biegać dla przyjemności. Nie brać udziału w kilkunastu zawodach rocznie, nie spalać się w rywalizacji. Czerpać przyjemność z tego, co zawsze mi ją sprawiało, by już nigdy nie odeszło. Wzorem Murakamiego - jeden maraton w roku. W tym wypada warszawski, 24 września. Trzymajcie kciuki!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Ściana , Blogger